Rozdział 6
Obiad minął w przyjaznej atmosferze. Jennifer nie chciała robić sobie konfliktów z Harrym, więc postanowiła pierwsza wyciągnąć do niego rękę. Po tym, jak nie przyszedł nic zjeść postanowiła pójść do niego. Kurczaka już nie było, więc przyrządziła mu jego ulubioną sałatkę przy pomocy Agathy. Wiedziała, że zostanie tu jeszcze jakiś czas, więc kłótnie z Hazzą nie były wskazane. Po zakończeniu przyrządzania owego dania skierowała się do pokoju Lokowatego z dobrymi zamiarami. Zapukała. Po usłyszeniu „proszę” weszła do środka. Harry się zdziwił, to był fakt. Czego mogła od niego chcieć?
- Skoro nie zjadłeś kurczaka zrobiłyśmy ci coś innego. Smacznego. – położyła talerz na szafce nocnej po czym opuściła pokój
Odetchnęła głęboko i skierowała się w stronę schodów. Na jej drodze stanął jednak Lou.
- Co ty na to, żebyśmy gdzieś wyszli? – zapytał z nadzieją
- Znaczy, gdzie? – spojrzała na niego badawczo
- No nie wiem. Gdzie chcesz. – uśmiechnął się czule
- Hmm. Dawno nie byłam w kinie. – odwzajemniła uśmiech po czym skierowała się w stronę swojego pokoju. – Za 30 minut na dole. – powiedziała przy wejściu po czym zniknęła w drzwiach
Louis cieszył się w duchu. W końcu mogli wyjść gdzieś bez zbędnego udawania. Jak kumple, a nie jak para. Był przebrany, więc te pół godziny mógł przeznaczyć na coś głupiego. Choćby na wkurzanie swojego przyjaciela, który był w trakcie konsumowania sałatki.
- Co tam Haroldziku? – usiadł obok niego na łóżku – Smakuje ci? To dobrze. Jennifer się starała. – wyszczerzył się
- Zjadliwa. – odrzucił
- Oj przestań się dąsać! – szturchnął go – Przecież nie zabiła ci rodziny. Nie masz powodów, żeby tak bardzo jej nienawidzić. – oburzył się
- Eleanor była jedyną dziewczyną, z którą mogłem się tobą dzielić. – próbował rozładować sytuację
- Ale kochanie! Nadal jestem twój! – rzucił mu się na szyję
Agatha weszła do pokoju mając ten sam zamiar co Lou, ale inne metody. Kiedy otworzyła drzwi ujrzała Louisa klejącego się do jej faceta. Ten widok był co najmniej dziwny, mimo tego, iż widziała go codziennie.
- Em.. Chyba powinnam wyjść. – zaśmiała się – Harry, kochanie, masz jeszcze moją szminkę na policzku.
- Co?! – spojrzał teatralnie Louie – Zdradzasz mnie?! O nie. To już przesada! Seksu dzisiaj nie będzie! – krzyknął z udawaną złością i wyszedł z pokoju
- Wariat. – podsumował Harold
- Totalny. – powiedziała Agatha, czule całując swojego chłopaka
Po 30 minutach Jen była na dole. Wyglądała naprawdę ładnie. Czarne rurki, biała bluzka na ramiączkach i krótka, czarna skóra. Louis aż zagwizdał pod nosem. Kiedy jednak podsumowała to facepalmem uspokoił swoje dzikie instynkty i poszli do auta. Po południe zapowiadało się obiecująco. Z takim szaleńcem jak Lou nie mogło być inaczej. Około 20 minut zajęło im dotarcie na miejsce. Po wejściu do kina nie obeszło się bez autografów i zdjęć. Kiedy Louis został otoczony, Jenni kupiła bilety. O dziwo nie wybrała jakiegoś wyciskacza łez, tylko coś, co Lou na pewno się spodoba, a mianowicie… Megamocny! Wiedziała, że jej przyjaciel lubi takie bajki, więc bez zastanowienia kupiła miejsca w ostatnim rzędzie. Nie chciała, żeby rzucali się w oczy. Po dziesięciu minutach dołączył do swojej partnerki z uśmiechem na twarzy.
- Lepiej idź to zmyj. – wskazała palcem na ślad szminki na jego policzku – To nie wygląda fajnie. – zrobiła niezadowoloną minę
- Zazdrosna? – uniósł brew z cwaniackim uśmiechem
- Nie, po prostu wyglądasz kretyńsko. Idź do łazienki bo zaraz się zacznie. – poganiała go
Po chwili wrócił już z czysta twarzą. Objął ją w pasie i skierowali się do odpowiedniej sali. Zajęli swoje miejsca i usadowili się w nich wygodnie. Obok nich usiadła młoda kobieta z małą dziewczynką. Okazało się, że Lou i ta zacna pięcioletnia dama znaleźli wspólny język podczas oglądania bajki. Śmiali się najgłośniej ze wszystkich, a ich komentarze były niesamowicie trafne. Ogółem wypad się udał. Louie postanowił uczynić Megamocnego swoim nowym bohaterem. Przez kolejne pół dnia parodiował rozkoszne zmiękczenia tej oto postaci.
- Boisz się pjająków? – zapytał uśmiechnięty
- Tak, szczególnie tych ze szykoły w Metrosziti. – spojrzała na niego jak na kretyna, ale on nadal się cieszył
Był zupełnie innych chłopakiem, niż ten, który przyszedł do niej pocieszyć się po zdradzie dziewczyny. Kiedy śmiał, aż serce się rodowało. A może tylko u niej wywoływał takie emocje? Nie wiedziała. W każdym bądź razie nie potrafiła być smutna, kiedy on się cieszył. Emanowało od niego niesamowite ciepło. Był zupełnym przeciwieństwem jej oczekiwań i kryteriów. Mimo wszystko jednak, nie chciałby, żeby się zmieniał. Był inny niż ci wszyscy. Lubiła ich, ale według niej Lou był oryginalny. Być może myślała tak, bo znała go lepiej niż resztę? Sama nie wiedziała. Uśmiechnęła się pod nosem i wróciła na ziemię.
- Co teraz robimy? – zapytał naładowany pozytywną energią
- Ja wybrałam kino, teraz ty wybieraj. – powiedziała idąc z nim pod rękę w stronę samochodu
- Może pójdziemy coś zjeść? – zasugerował promiennie
- Przecież niedawno był obiad. – zdziwiła się
- Ale twój facet jest głodny czy ci się to podoba czy nie. – zaśmiał się i pociągnął ją w stronę małej, przytulnej knajpki
Spędzili tam około trzech kwadransów. Jenni wypiła drinka, a Lou soczek. Cóż, taki żywot kierowcy. Do tego Louie zaspokoił swój głód zapiekanką z szynką, pieczarkami, papryką i podwójnym serem. Po zapłaceniu ustalili, że pójdą się przejść. Spokojny spacer jeszcze nikomu nie zaszkodził. Ten spokój jednak nie trwał długo. Idąc pewną alejką Jen spostrzegła gołębie. Rozradowana pobiegła do pierwszego lepszego sklepu, aby kupić kilka bułek dla ptaków. Louis widząc jak wraca z małą reklamówką spojrzał badawczo nie kryjąc politowania.
- Chyba nie zamierzasz teraz im tego dawać? – zaśmiał się
- Owszem i ty mi w tym pomożesz. – pociągnęła go za sobą
Lou nie krył swojego strachu przed gołębiami. Zachowywał jak paranoik. Jennifer miała z niego niezły ubaw. Po jakimś czasie zaczął się chyba przyzwyczajać do tego, że latają wokół. Po przełamaniu swojego lęku dołączył do dziewczyny. To było zabawne patrząc jak drży mu ręka, kiedy wystawia ją w kierunku ptaków. Jak widać nie był taki nieustraszony. Do supermana mu jeszcze trochę brakowało, ale na dzień dzisiejszy nie było najgorzej. Zabawa z gołębiami trwała około 30 minut. W końcu ile można karmić ptaki? Oboje w dobrych humorach kontynuowali spacer.
- Byłeś dzielny. – śmiała się z niego
- Tak, śmiej się, Proszę bardzo. – obraził się
- Oj Louie! – szturchnęła go – Nie zachowuj się jak dziecko.
- Wypraszam sobie. – zbulwersował się
- Oj Misiu. – objęła go od tyłu
- Teraz „Misiu”, a jak twój facet bał się gołębia to się śmiałaś. – nie ustępował
- Nie fochaj się już. Co ma zrobić? – spojrzała na niego z nadzieją
Louis ujrzał naprzeciwko nich fontannę. Nie zamierzał przejść obok niej obojętnie. Jen musiała odpokutować ten haniebny czyn, jakiego się dopuściła. Spojrzał na nią z cwaniackim uśmiechem i zaczął biec przed siebie. Zdezorientowana dziewczyna pobiegła za nim. Gdyby tylko wiedziała jaki miał cel na pewno nie zrobiłaby tego. Kiedy znalazła się obok Louisa szybko pożałowała swojej decyzji. Chłopak wziął ją na ręce i po chwili znalazła się w fontannie.
- Louis! Ty rozpuszczony, zidiowaciały, egoistyczny dupku!
Lou jednak nie miał czasu przejmować obelgami na swój temat. Był za bardzo rozbawiony widokiem mokrej i wściekłej Jen. Jego radość nie trwała długo. Szybko zrozumiał, że nabijanie się z poszkodowanej nie wróży nic dobrego. Czerwona ze złości Jennifer pociągnęła chłopaka za rękę, więc po chwili znalazł się obok niej. Ludzie przechodzący obok nie byli jakoś specjalnie zdziwieni. Na ich twarzach widać było uśmiechy. Kto wie, może ci dwaj debile poprawili im humor? Wściekłość Jen zmieniła się w rozbawienie, kiedy dołączył do niej Lou. Jeszcze przez moment chlapali się jak dzieci, jednak kiedy byli już cali mokrzy postanowili wrócić do domu. Jennifer cała się trzęsła, było jej zimno. Zanim dotarli do samochodu zdążyła jeszcze kilka razy wykląć pod adresem chłopaka. Na szczęście parking nie był aż tak daleko, żeby zdążyła go zabić.
- I teraz będziesz miał mokre siedzenia. – powiedziała czekając, aż otworzy samochód
- Teraz to najmniejszy problem. Zgubiłem kluczyki. – zrobił niezadowoloną minę
- Chyba sobie kurwa żartujesz?!?! – ukryła twarz w dłoniach opierając się o maskę samochodu
Lou podszedł do niej i okrył ją swoją bluzą, ale chwila. Skąd on miał bluzę? Jen spojrzała w jego stronę. To co czuła, kiedy wrzucił ją do fontanny było niczym w porównaniu do tego co czuła teraz. Ten idiota stał przed otwartymi drzwiami samochodu machając kluczykami.
- Żartowałem. Wsiadaj. – zaśmiał się
- Zabiję cię! – krzyknęła siadając na przednim siedzeniu trzaskając drzwiami
- Spokojnie, uszkodzisz moje cacko! – pogłaskał kierownice teatralnie
Jen nic nie powiedziała. Do końca drogi nic nie mówiła. Kiedy zaparkowali pod domem obrażona poszła do swojego pokoju. Szybko zdjęła mokre ubrania i założyła piżamę. Mimo suchych ubrań nadal było jej zimno. Wskoczyła pod kołdrę, żeby trochę się rozgrzać. W tym momencie nie miała nawet ochoty na papierosa. Po chwili do jej pokoju wbił nie kto inny jak Tomlinson. Jen nie odzywała się. Lou podszedł do łóżka i położył się obok niej.
- Oj przepraszam. – odgarnął kosmyk włosów z jej czoła
- Louie, dziękuje za ten dzień. – uśmiechnęła się lekko
Później nic już nie mówili. Louis widząc, że nadal jest jej zimno przytulił ją. Po dwudziestu minutach Jennifer zasnęła. Lou nie chciał jej budzić. Wyglądała zbyt słodko. Tomlinson też był zmęczony. Mimo walki ze snem, poległ. Po chwili spał już obok Jen obejmując ją. To dziwne. Wyglądali jakby tak miało być już zawsze.
~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~
Pierwszy rozdział, który mi się podoba. Może być, nie?
Misia